Hillarys Harbour Resort jest bardzo popularnym miejscem wypoczynkowym nad Oceanem Indyjskim. Są tam hotele, marina i sporo atrakcji dla dzieci.
Rzecz jasna, kawiarenki i restauracje, a także bary szybkiej obsługi i sporo sklepów z pamiątkami. Okazało się, że można tam kupić najlepsze widokówki z Perth i stanu Australia Zachodnia. Jest też spory wybór różnych maskotek koali, kangurów i wombatów, które turyści masowo kupują.

Cały kompleks jest położony około 20km na północ od centrum. Jeszcze dalej znajduje się podobny ośrodek, ale nie cieszy się aż taką popularnością.
W odróżnieniu od Hillarys, nie ma w nim takiej swoistej przytulności, właściwej miejscu, które ma służyć do odpoczynku i rekreacji. Jest zbyt surowy.

Praktycznie cała marina Hillarys została sztucznie usypana. Powstała na bazie płytkiej zatoczki, którą dzisiaj wykorzystuje się do pływania. Prace rozpoczęto w końcu lat 80-tych. Można było zobaczyć setki ciężarówek zwożących piach i ogromne kamory, a także kafary wbijające w dno rury pod przyszłe mola. Z czasem dobudowano jeszcze stocznię jachtową i warsztaty remontowe. Zaraz obok jest usytuowane podwodne akwarium, które daje możliwość oglądania rekinów i wszelkich płaszczek "od spodu". Istniało już zanim powstała reszta mariny i dlatego cały projekt tak usytuowano, aby powstał jeden kompleks.

Ostatni raz odwiedziliśmy to miejsce w piątek, 25 kwietnia. Tego dnia w Australii jest obchodzony ANZAC Day. Pogoda była bardzo ładna, słonecznie, około 26 stopni. Lato się skończyło i było czym oddychać. Zrobiłem trochę zdjęć, które pomogą przybliżyć to miejsce. Następnym razem zrobię nieco zdjęć od wschodu, w kierunku na ocean.
Zapraszam.

Hotel
Główne wejście. Architektura dachów wszędzie jednakowa. Ta część jest zbudowana na nasypanym lądzie "stałym".

Palmy przywieźli i posadzili w specjalnie zbudowanych do tego celu donicach.

W pogodny dzień weekendowy nie ma gdzie palca włożyć. Znalezienie miejsca na parkingu jest, powiedzmy, dość trudne.
W dali widoczne różne zjeżdżalnie i obiekty do zabawy dla dzieci.
To są jednostki do sprzedaży. Właściciele cumują w innych częściach mariny.
Fragment pasażu z barami szybkiej obsługi. Ta część jest zbudowana na palach, a raczej rurach wbitych w dno i wypełnionych betonem. Pod podłogą chlupie ocean. Deski, grube na 75mm, z dębu i lokalnego "redgum", rosnącego w stanach wschodnich.

Cztery lata temu ta część spłonęła na skutek spięcia w instalacji elektrycznej. Na szczęście pożar wybuchł już po zamknięciu i nikt nie ucierpiał.

No tak....  Po rybie z frytkami, cappuccino nawet nieźle smakuje. Powietrze świeże, można pomyśleć.. co by tu jeszcze. Żona zaofiarowała się po nią pójść i sprzedali jej w turystycznym kubeczku. Ja, jak idę z aparatem, to pytają, jak podać panu redaktorowi......

Miałem fart. Znalazłem trzy 5-cio centowe monety.

 
Wszechobecne mewy. Oczyszczą wszystko zanim przyjdzie obsługa. Nie ostanie się nic, co da się zjeść.
Ciąg dalszy pasażu.
W dali stocznia jachtowa, o której wspominałem. Ten kanał po lewej prowadzi do wyjścia z portu.
 
Udało się zrobić kilka zdjęć "pasażera", który akurat przywiózł turystów z wyspy Rottnest. Zwykle cumuje w tym miejscu po odbyciu ostatniego rejsu w danym dniu, ale tym razem odpływał do portu we Fremantle.  Była zatem okazja popatrzeć na manewry. Diesle nawet tak głośno nie pracują. Musi mieć nieźle izolowaną maszynownie.

Przy wejściu do mariny jest wypożyczalnia rowerów i każdy prawie pasażer wsiada z nim na statek. Podczas rejsu trzymają je na górnym pokładzie.

Po prawej, fragment nowego terminalu, ale zakończenia budowy jakoś nie widać.

 
 
 
 
 
Fragment falochronu. Te kamory wydobyto z oceanu i powtórnie wykorzystano do budowy. Właściwy ląd stały zaczyna się na plaży.
Budynek podwodnego akwarium. Najstarsza część mariny.
Dwa ujęcia statku Urzędu Morskiego
 
Ostatnio wyraźnie posunęły się prace przy budowie nowego terminalu.
Jest już gotowe przejście na drugą stronę mariny.
Zwodzony most oddziela akwen do kąpieli od akwenu żeglugowego.
Z lewej strony znajduje się też kotwicowisko dla motorówek i jachtów na sprzedaż.